Patrycjusz




CIECHOńSKI JóZEF
PATRYCYUSZ.

PROLOG.
Do_ _koła śniegiem pokryta okolica — biało wszędzie, — biało w mglistą tajemniczą dal, — niebo i ziemia razem, jakby w chaosie, upowite.
Czasem, wśród tego jasnego tumanu szarzeje gdzieś na zlodowaciałej bryle śniegu stado głodnych kruków, lub się pierzchliwy cień przemknie sobola; — cicho, — posępnie, zimno, martwo.
Wśród tej ciszy, jakby tchnieniem innych stref — zadrgało mgliste powietrze — i na śnieżnej widnokręgu fali — zarysowała się, bielsza, jaśniejsza postać, jasnością
promienną Niebios. —
To Anioł smutku przeleciał po nad tą krainą.
Stulił swe skrzydła tęczowe i zawisł po nad przepaścią wyrytą w śniegu, czerniejącą się, wśród tego oceanu przestrzeni bez końca. —
Oh!
jak smutną zwrócił twarz ku jasności roztoczonej po nad jego głową.
Z ócz jego promiennych szereg dużych łez spadał ku ziemi, — i błyszczały one na śniegu, jak gwiazdy brylantowem światłem.
Gdy która z nich upadła w otchłań rozwartą, — to wielka jasność oświecała jej wnijście
— i ztamtąd westchnienia i jęki wychodziły drżące — a on je podnosił i ku
niebu po promiennej słał drodze —
A twarz jego zalegał taki wielki smutek, taka wielka boleść, że się do koła czarno — okropnie robiło —
On jeden jaśniał na ciemnej
rozpaczliwej przestrzeni — a jaśniał boleścią cierpiącego Anioła
— cierpieniem ludzkości.

— W końcu rozległ się głos, — podobny do głosu harfy eolskiej i napełnił całą okolicę drżeniem dźwięcznem, rozkosznem. —
„Panie! Panie! Panie! — Zlituj się nad niemi, — bo oni zbyt cierpią i z łez ich i z ich westchnień i jęków urósł słup boleści — sięgający wrót już Niebieskich!......

W tej chwili — z czarnej otchłani wyszła mglista, smutna postać — i zbliżyła się drżąca cała ku jasności, jaką roztaczał zesłaniec Niebios. —
„O!
Panie — przyjm tę duszę męczeńską!...
"
— Rzekł Anioł, ujrzawszy tę postać — i otuliwszy ją w fałdach srebrzystej swej szaty,
— zniknął, wraz z nią w jasności bez granic — ...
* * *
— W katorznych robót podziemiach, słychać krzyk i jęk pracujących — milczenie — po nim szelest uderzeń dozorców i hukania rozgłos; — znowu cichy jęk, boleśny,
przeciągły — przerywany stukiem motyk i rydlów o głazy we wnętrznościach ziemi.

Pod ciężkiemi sklepieniami, nierównie w bryłach ziemi wykutemi, migają drżące czerwonawe światła latarni, które kołysząc się od przeciągów po dalekich korytarzach, —
rzucają przeciągłe odbłyski po wilgotnych, śniecią porosłych czeluściach. —
Zimno — i duszno — takie powietrze tym tylko jaskiniom właściwe.

Po chropowatych złomach ścian i sklepienia zolbrzymiały chwieje się cień, — cień człowieka!...

W błocie cuchnącem, — na wpół zgniłej słomie, — pod ścianą zwalony na kolanach, — bo przez pas do taczki ciężkiej przykuty, — jedną ręką w błocie się wspiera,
— z drugiej wypuścił motykę i ociera czoło z potu, to ją do piersi przykłada — Starzec: —
— Czy wiekiem — czy pracą i zgniłemi wyziewy schylony?
— Czy od łez zapadłe oczy i policzki?...
— Włos srebrny świeci się, w ciemnej przestrzeni, jakby, światłokręgiem cierpienia, od słabych promieni lamp i w długich spada włóknach na schylone barki.

„Ha, — może to już koniec! — już sił nic nieczuję — oh! ciężko, ciężko, — Witoldzie! — jego tu niema koło mnie! — Witoldzie! — Witoldzie!


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 Nastepna>>





Polecamy inne nasze strony: